Krościenko nad Dunajcem – Rytro
Dziś na szlak wyruszam sama. Musieliśmy się rozstać na jeden dzień, ale tylko do wieczora. W Krościenku jest słonecznie, ale gdy tylko wspięłam się wyżej, ponad linię lasu robi się pochmurno i wieje silny wiatr. Dziś zdobywamy najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego, czyli Radziejową. Jako, że wczoraj trzeba było sporo zejść, tak teraz trzeba się wspinać. Na trasie przez bardzo długi czas jestem sama. Dziś jeszcze przez chwile widać panoramę Tatr, ale większość ukryta jest pod grubą warstwą chmur.

Robię niewiele zdjęć, bo ledwo da się utrzymać aparat w rękach. Im bliżej jestem Schroniska PTTK Przehyba, tym ruch się zagęszcza. W schronisku postanawiam zrobić przerwę na obiad.
Tak, pierogi. Z powodu pogody, w środku jest bardzo dużo ludzi i czas oczekiwania jest długi, ale nie martwię się tym, bo dobrze rozplanowałam swój czas. Mówi się, że jak długo się czeka na jedzenie, to znaczy, że będzie dobre. Niestety, nie było. Pierogi były mrożone, najgorszego typu. Ogromne rozczarowanie. Niepocieszona wyszłam ze schroniska.
Kontynuuje marsz. Nikt za mną nie idzie. Znów jestem sama.
Wędruję szlakiem między połamanymi przez wichury drzewami. Z ziemi wystają same kikuty. Wiatr mocno wieje wydając niepokojące dźwięki, a chmury robią się bardziej stalowe. Całość jest niepokojąca i przyprawia o dreszcze. Z poważną miną maszeruję przyspieszając kroku. Z naprzeciwka idzie turysta i na mój widok mówi : “Uśmiechnij się, i tak lepiej niż w robocie”


Zrobił mi dzień. Z daleka moim oczom ukazuje się wieża na Radziejowej i znów wiem, że żeby wejść na szczyt, muszę najpierw zejść stąd gdzie jestem.


Na Radziejowej byłam już dwukrotnie, ale z innej strony, dlatego jakież zdziwienie następuje, kiedy po zejściu i ponownym wejściu, kiedy podniosłam wzrok znad butów, moim oczom ukazała się wieża. To już? Spodziewałam się jeszcze wspinaczki.
Udokumentowałam wejście, wieżę sobie odpuściłam ze względu na marną widoczność i duży wiatr, wbiłam pieczątkę i rozejrzałam się wokoło. Jakieś dziwne zbiegowisko skumulowało się wokół tablicy informacyjnej. Okazało się, że jest tam pani Głuszcowa. Niby nic takiego, bo to przecież siedlisko głuszców, ale nigdy żadnego, na żywo nie widziałam. Zrobiłam z daleka kilka zdjęć, żeby jej nie spłoszyć, po czym dotarło do mnie co się dzieje. Biedny ptak był otoczony niemal ze wszystkich stron ludźmi. Wiadomo, każdy chciał zdjęcie, ale jak już dzieci, zachęcane radosnymi okrzykami dorosłych, zaczęły głaskać ptaka zagotowało się we mnie. Brawo. Dokładnie tak postępuje się z dziką zwierzyną.

Udałam się do zejścia. Już samo w sobie jest niezwykle strome, ale teraz dodatkowo na trasie zalegały poprzewracane pnie drzew. Niezwykle trudno pokonuje się takie przeszkody.


Kiedy dotarłam mniej więcej do połowy zejścia, chłopak z naprzeciwka zagadał: “Przepraszam, nie chcę wyjść na głupka, ale daleko jeszcze?”. Odpowiedziałam, zgodnie z prawda, że nie, a to, że stromo to już chyba sam zauważył.
Wędrując w kierunku wielkiego Rogacza otrzymałam informację, że od strony Rytra wychodzi mi naprzeciw mój kompan, więc przyspieszyłam kroku.


Marek musiał mieć niezłe tempo bo spotkaliśmy się tuż przed Niemcową, ale spodziewałam się tego.


Krótka przerwa na wietrzenie stóp i dalej już znajomą trasą, bo szliśmy tędy kiedyś z Rytra na Radziejową. Podoba mi się ta trasa.


Im bliżej Rytra, tym zejście robi się bardziej strome. Moje stopy mocno to odczuwają, bo końcówka jest asfaltowa. Słońce już zaszło, a ja mam wrażenie, że nie dam rady pokonać tych ostatnich metrów.
Dałam radę ,ale okupione było to cierpieniem. Po raz kolejny zbeształam się za to, że miałam tylko jedną prawdziwą przerwę na odpoczynek dla stóp i to się zawsze zemści pod koniec dnia.
Dotarliśmy na nocleg, a stopy bolały tak, że długo nie mogłam zasnąć.

