Krynica – Regietów Niżny
Dzisiaj kontynuuję wędrówkę sama. Jest chłodno, ale nie pada. Początkowo szlak prowadzi chodnikiem pomiędzy domami zdrojowymi, by następnie skręcić w lewo w las.

Ścieżką powoli wznosi się ku górze. Mijam Huzary i zmierzam w stronę Mochnaczki Niżnej i Banicy. To w tamtych okolicach mam napotkać brody, które trzeba pokonać brodząc właśnie. Pogoda nie zachęca, ale jak mus to mus i kolejna przygoda na trasie. Wychodzę z lasu i przez chwile wędruję pomiędzy soczyście zielonymi łąkami, aż trafiam na swój pierwszy bród.


Bród jest płytki, pokonuje go bez problemu. Nawet buty z błota nie zdążyły się umyć. Dochodzę do drogi głównej i kawałek idę poboczem. Zostaję obszczekana przez stadko małych psów, co jest częste jak przechodzi się przez wioskę, ale znalazłam na to sposób. Jeśli pies za tobą idzie, wystarczy się odwrócić do niego twarzą, przestaje być taki odważny i w miarę jak się oddalasz, on rezygnuje z próby złapania za łydkę. Nie czuję się wtedy komfortowo, ale jak do tej pory działało. No właśnie. Do tej pory. Kolejny pies zaczął szczekać z ogródka na przeciwko drogi. Szłam z nadzieją, że mu przejdzie, ale nie. Przebiegł przez ulicę i szczekał całym sobą. Wystraszyłam się na poważnie, był duży i szedł za mną. Był tak wściekły, że nie zareagował na samochody, które musiały się zatrzymać bo stał na drodze, a ja miałam panikę w oczach. Jeden samochód bezskutecznie zaczął trąbić, a ja próbowałam iść dalej. Jakimś cudem kiedy przeszłam jeszcze dosłownie kilka centymetrów, pies się nagle uspokoił i pobiegł przez ulice do siebie. Widać miał określony zasięg do pilnowania swojego terytorium, do którego należała tez droga. Roztrzęsiona szłam dalej aż doszłam do wiaty przystanka autobusowego na której się zatrzymałam by ochłonąć i zjeść batona. Myślałam dotychczas, że na trasie będę bała się tylko niedźwiedzi.
Szlak skręcił w polna drogę i znów widoki są kojące. Spoglądam jeszcze za siebie i ruszam dalej.


W Banicy przekraczam potok i trochę się zamotałam. Wszyscy straszyli, że można się tu pogubić, więc sprawdzam mapę i nijak nie pokrywa się to ze znakami, które widzę. Postanowiłam dać im szansę i okazało się ,że wyprowadziły mnie bez żadnych problemów. A kiedy przekraczałam kolejny raz ten sam potok, bo w koło były zabudowania usłyszałam od dzieciaka na rowerku potwierdzenie, że dobrze idę w postaci słów: „plosto, plosto, tutaj”. I tak kierując się „plosto” wyszłam na prostą. Kolejny etap szłam w całkowitym zamyśleniu, z którego wyrwał mnie dopiero widok kolejnego brodu, który był konkretnym rozlewiskiem przy którym spotkałam parę idącą z naprzeciwka. Na szczęście była to już ostatnia przeprawa tego dnia, ile można przekraczać ten sam potok i rozlewiska?
Po drodze miałam tylko jeden postój na kanapkę, nawet nie wiem kiedy dotarłam do Ropek. Pięknie się rozpogodziło.
Przed Siwiejką szlakowskaz Głównego Szlaku Beskidzkiego pokazuje 224 km do Wołosatego. Jest też szlakowskaz Szlaku Karpackiego z 407 kilometrami do Rzeszowa, czyli do domu, z tym że w przeciwnym kierunku. Podświadomie wiem, że jeszcze tu zawitam wiedziona niebieskim szlakiem Karpackim. Chętnie zostałabym w Chatce Wędrowca GSB, ale mam na dziś inny cel.


Mijam Hańczową i Zmierzam w kierunku Koziego Żebra (847 m n.p.m.) Podejście jest strome i daje mi trochę popalić. Odpoczywam na szczycie.


Zejście ze szczytu było jeszcze bardziej strome niż podejście, przekonałam się o tym lądując na czterech literach, ale tylko raz. Nie wyobrażam sobie jak miałabym zejść bez kijów.
Gdy zeszłam do Regietowa udałam się do bazy namiotowej . Na miejscu było trzech chłopaków, przywitałam się i znalazłam ustronne miejsce na swój namiot. Tym razem rozbicie namiotu jak i napompowanie materaca poszło mi bardzo sprawnie. Przygotowałam kolację, tym razem na ciepło i popijając herbatę kontemplowałam otoczenie. Nareszcie namiot rozbity podczas ładnej pogody. Taki sposób odpoczynku bardzo mi odpowiada. Zdaję jeszcze relację z dzisiejszego dnia i mogę kłaść się spać.

