Rymanów Zdrój – Puławy Górne
Na dzisiaj nie ustawiałam budzika, obudziłam się sama. W planach miałam tylko kilkanaście kilometrów do Puław Górnych, tak aby jutro pokonać ciurkiem dłuższy etap do Komańczy. Dziwnie tak wstać i się nie spieszyć. Poszłam do pobliskiego sklepu po bułki na śniadanie. Tak lekko bez plecaka.
Odczekałam jeszcze chwilę, żeby godzina była, w moim mniemaniu, odpowiednia i zadzwoniłam w celu rezerwacji noclegu w Puławach Górnych. Teraz mam już pewność że do przejścia dziś mam około 12 kilometrów, więc to praktycznie odpoczynek. Potrzebny.
Ruszyłam w drogę. Było pochmurno, lekko kropił deszcz, wiec spotykałam niewielu spacerowiczów. Mijałam za to ładne wille po drodze. Sam Rymanów Zdrój znam dosyć dobrze, więc nie zdecydowałam się na zwiedzanie wciąż będąc w trybie „idę”.


Trasa szlaku prowadziła przez chwilę ścieżką przyrodniczą, więc było bardzo malowniczo i przyjemnie. Następnie ostro skręciła w prawo by nieco się wspiąć w stronę starego cerkwiska i cmentarza Łemkowskiego. Po drodze pojawiła się tablica ostrzegająca przed spotkaniem z niedźwiedziem. Świadomość tę miałam z tyłu głowy od dawna, ale powoli zbliżałam się do miejsc, w których prawdopodobieństwo spotkania wzrastało.


Przy „Cerkwisku” znajdował się pomnik przyrody oraz rzeźby Zbójów. Jeden z nich trzymał tablice z takim tekstem:
Człowiek, człowiek, człowiek – to tylko istota
Niczemu niewinna, że ma inne wota.
Taka się urodziła, ma prawo do tego
I szanować siebie i tego drugiego.Ziemia nasza, choć biedną, ale hojną była
Łemkom, Żydom, Polakom – jednakowo miła.
Każdy krew swą przelewał, rodził się i umierał,
W każdej ludzkiej potrzebie każdy każdego wspierał.Dzisiaj, wśród gór i lasów, na tej wspólnej Ziemi
Stoją razem w szeregu pięknie zjednoczeni.Podejdź, podaj proszę swą rękę im na znak pokoju
I jedności orędzie niech w świat idzie – z Rymanowa Zdroju.
Po krótkiej zadumie, ruszyłam dalej. Przedzierając się przez las, ponownie musiałam omijać miliony zwalonych pni i ślizgać się na błocie. Kiedy wyszłam z lasu i dotarłam do Wisłoczka, mogłam chociaż trochę umyć buty, żeby przypomnieć sobie jaki maja kolor. Widać już było na nich spore ślady zużycia, ale co się dziwić w takich warunkach. Przeszłam przez Bazę namiotową w Wisłoczku, nieczynna jeszcze przed sezonem. Fajne miejsce z wodospadem na rzece, ale wczoraj już bym tu nie doszła, poza tym taka ubłocona cieszyłam się, że mogłam się doprowadzić do porządku. Ale obiecałam sobie, że kiedyś tu wrócę.
Doszłam do drogi asfaltowej i pozostałam już na asfalcie do samego końca. Dotarłam do Puław Dolnych i tam na przystanku autobusowym zrobiłam sobie przerwę na drugie śniadanie. Było bardzo wcześnie a ja miałam do celu niewiele ponad 2 kilometry, dziwne uczucie.
Teraz szłam już wyłącznie prosto wznosząc się cały czas. Co chwilę mijały mnie naładowane ziemią po brzegi, ciężarówki, które na szczęście tuż przy mnie zwalniały. Czułam ulgę, bo nie lubię tych asfaltowych części bez lub z niewielkim poboczem.
Około godziny 14 dotarłam do celu – Agroturystyki Salamander. Przeszłam przez zadbany ogród i tuz przy wejściu spotkałam pana, który okazał się być właścicielem. Mimo, że przyszłam za wcześnie to pokój dla mnie był już gotowy i mogłam się rozgościć. Pan tez doradził mi, by pójść na obiad do pobliskiej restauracji przy wyciągu. Dobrze, że było wi-fi bo mój telefon nie miał najmniejszej nawet kreseczki zasięgu. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić, to znaczy z taka ilością wolnego czasu. Poszłam więc na obiad, który bardzo mi posmakował i mogę polecić. Schabowy, frytki i surówka. Klasyk, ale nie każdy potrafi dobrze usmażyć mięso, a tu było idealne. Do tego stopnia, ze kilka miesięcy później zabrałam tam męża na degustację 🙂

Po powrocie do pokoju, zaplanowawszy trasę na dzień następny, włączyłam muzykę i regenerowałam siły. Byłam już spakowana na jutro, więc nic mnie nie rozpraszało. Potrzebowałam takiego lżejszego dnia, poza tym przecież nigdzie się nie spieszyłam, to miał być czas dla mnie, a nie żeby komuś coś udowodnić, czy bić rekordy. Jest dobrze i o to chodzi.

