Puławy Górne – Komańcza
Wypoczęta fizycznie i psychicznie mogłam rozpocząć kolejny dzień wędrówki zbierając się bardzo wcześnie rano. Było słonecznie co bardzo mnie ucieszyło.
Wyszłam z pokoju i poczułam wszechogarniający zapach świeżego pieczywa. Zeszłam na dół i spotkałam swojego gospodarza, który pożyczył mi szczęśliwej drogi. Na szlakowskazie, który znajdował się przy rozejściu szlaków czerwonego i zielonego ujrzałam mój dzisiejszy cel – Komańczę. W czasówkę 7 godzin 15 minut nie uwierzyłam, bardziej ufałam tej z mojej aplikacji, do tej pory mnie nie zawiodła. Czas pokaże.
Zaczęłam się wspinać wzdłuż stoku narciarskiego, na którym teraz pasły się krowy. Przypomniałam sobie ,że kilka lat temu zjeżdżałam po tym stoku. Może by tak powrócić kiedyś do tej aktywności jak kolano pozwoli?
Minęłam stary cmentarz. Pochłonięta myślami na temat tego, że powoli zbliżam się do celu wkraczając w tereny, które są najbliższe mojemu sercu, czyli Bieszczady, pokonałam sporo kilometrów bez dłuższych przerw i robienia zdjęć. Konkretną przerwę zrobiłam sobie dopiero we wiacie rowerowej, która wyposażona była nawet w kominek. Wiata stoi na trasie rowerowej polsko-słowackiego odcinka szlaku Interreg. Pomyślałam, że kiedyś z pewnością zgłębię temat i wybiorę się na zwiedzanie z perspektywy roweru.

Poczytałam nieco na temat Interreg i ruszyłam w dalsza drogę. Na rozdrożu pod Tokarnią kolejny szlakowskaz wskazał mi dzisiejszy cel.


Ze szczytu Tokarni (778 m. n.p.m.) rozpościerała się piękna panorama. Wbiłam pieczątkę do książeczki i posiedziałam chwile na ławce kontemplując widoki.

Widokowa trasa zaczęłam kierować się w stronę Przybyszowa.


Kiedy zbliżałam się do zabudowań, z jednego z nich wyskoczył spory pies, który na mój widok się rozszczekał, a ja pamiętając ostatnie niemiłe spotkanie z psem, wystraszona stanęłam jak wryta. Na szczęście zaraz za psem pojawił się właściciel, który przeprosił mnie i skarcił psa słowami, że jak nie potrafi się zachować to nie będzie luzem biegał. Zazwyczaj nie boje się psów, ale po ostatnim spotkaniu mam spory dystans.

Dzisiejszego dnia oprócz pana od psa, nie spotkałam nikogo. Nie miałam również zasięgu, ale nie przejmowałam się tym, bo mapy działały offline.
Kiedy znalazłam się na kolejnej dzisiejszego dnia soczyście zielonej łące aż po horyzont usiadłam na niej i poczułam wolność. W tym momencie mój telefon odzyskał zasięg i zaczął bombardować mnie powiadomieniami. Jednym z nich była próba skontaktowania się ze mną ze strony dzisiejszego noclegu, czyli K-85 w Komańczy. Oddzwoniłam i zamówiłam do zarezerwowanego noclegu jeszcze obiad. Skoro już spojrzałam w telefon, zajęłam się innymi powiadomieniami, no cóż, ta choroba cywilizacyjna nie jest tak łatwa do zwalczenia. Nagle, kiedy siedziałam z nosem w telefonie pojawili się inni wędrowcy. Byłam tak zaskoczona, że kogoś spotkałam, kogoś kto sadząc po wielkości plecaków idzie również GSB. Minęli mnie, a gdy wznowiłam wędrówkę ja minęłam ich, kiedy to oni zrobili sobie przerwę. W lesie przez który przechodziłam trwała zrywka, na szczęście kilka metrów obok szlaku, ale hałas który temu towarzyszył był tak duży, że byłam pewna że w tym rejonie z pewnością nie ma żadnego niedźwiedzia.

Wstąpiłam do Leśnej Willi PTTK w Komańczy po pieczątkę, ale na nocleg wybrałam inny obiekt. Bazę noclegową K85. Miejsce dobrze znane GSBowiczom, które również chciałam poznać. Przywitała mnie uśmiechnięta gospodyni Ania i odprowadziła do pokoju, abym przed obiadem zrzuciła plecak. Na obiad wezwał mnie jej mąż Darek. W kuchni byli już wędrowcy, których spotkałam niedawno, ale zdziwiłabym się jakbyśmy się nie spotkali właśnie tu. Na obiad wybrałam schabowego. Porcja była konkretna a do tego pojawiła się Ania z deserem. Szarlotką, na której widok ślinka ciekła. Czas posiłku umilała rozmowa na tematy GSBowe oczywiście. Okazało się, że jak zwykle świat jest mały i jedna z dziewczyn pochodzi z mojego miasta, a ja i Ania obchodzimy w tym roku okrągłe, osiemnaste oczywiście, urodziny.

Po posiłku udałam się jeszcze do pobliskiego sklepu po bułki na rano i poszłam odpoczywać do swojego pokoju. Na dole trwała jeszcze integracja. Ja uznałam, że to ponad moje siły i potrzebuję samotności. Z resztą grupa szła ze sobą od kilku dni i byli już zintegrowani.


