GSB Etap Osiemnasty

Wstałam wczesnym rankiem i wyszłam po cichutku na zewnątrz. Było już słonecznie, ale powietrze było bardzo rześkie. Dzisiaj nie wędruję sama. Odcinek do Cisnej pokonam w towarzystwie taty i wujka, którzy wyjechali o świcie, żeby do mnie dołączyć na szlaku. Upewniwszy się telefonicznie ,że są w drodze czekam przy fontannie na skwerku. Ławki pokryte są szronem a wydychane powietrze zamienia się w parę wodną.

Przywitanie było krótkie, bo trzeba działać. Ja z tatą ruszyliśmy szlakiem, a wujek jako, że zabrał ze sobą rower, pojechał dalej by kręcić kółka na trasach rowerowych. Mieliśmy się spotkać gdzieś na trasie.

To rodzice zaszczepili we mnie miłość do gór, a moja przygoda z nimi zaczęła się właśnie w Bieszczadach, stad pewnie mam do nich taki sentyment lub po prostu jak każdy kto przyjechał raz już tylko do nich wraca. Dzisiejszy dzień stanowił przede mną wyzwanie ponieważ mój tata po górach nie chodzi, a lata. Innymi słowy, ma bardzo szybkie tempo, krótkie przerwy i mniejszy balast. Obiecał mi jednak, ze dzisiaj to ja nadaję tempo, bo to moje GSB on mi tylko dotrzymuje towarzystwa. Zobaczymy jak to się będzie miało w praktyce.

Kierujemy się w stronę Jeziorek Duszatyńskich. Te tereny są nam dobrze znane. Same jeziorka są ewenementem ponieważ powstały w wyniku osunięcia się zbocza do potoku , które blokując swobodny przepływ wody utworzyło jeziorka, obecnie są dwa, górne i dolne.

Wkraczamy w Karpaty Wschodnie, o czym informuje znak przed mostem na Osławie i podążamy wzdłuż rzeki.

Kawałek dalej rzeka tworzy malowniczy przełom, aż chciałoby się tam przysiąść i podziwiać, ale idziemy dalej. Mijamy Duszatyn i skręcamy za szlakiem, który wiedzie teraz wzdłuż potoku Olchowaty, na którym to właśnie w wyniku osunięcia się zbocza powstały szmaragdowe Jeziorka Duszatyńskie.

Jeziorka te mają to do siebie, że za każdym razem wyglądają inaczej i sama nie wiem, kiedy najpiękniej, wiosną skąpane w soczystej zieleni młodych liści i żółtych kaczeńców, czy jesienią kontrastując swym szmaragdem z pomarańczowym barwami jesieni.

Dotarłszy do Dolnego Jeziorka (niespodziewanie szybko) robimy pierwszą, zasłużoną przerwę na siadanie. I jest to śniadanie mistrzów. Nie wiem jak mój tata to robi, że w tak małym na pierwszy rzut oka plecaku, mieści tyle prowiantu. Oprócz kanapek, do wyboru kawy i herbaty, soku były też ogórki kiszone, prawdziwe swojskie, nie ze sklepu. Tak się żyje.

W trakcie śniadania minęli nas Ci sami wędrowcy co wczoraj.

Wiedzieliśmy, że dzisiejszego dnia jeziorka będą najbardziej atrakcyjnym dla oka obiektem, więc nie spieszyliśmy się, by opuścić to miejsce.

Kiedy wreszcie byliśmy w stanie oderwać wzrok od tych urzekających cudów natury, zaczęliśmy się wspinać na Chryszczatą (998 m. n.p.m.). Zaskakujące było to, że z każdym metrem zdobywania wysokości niesamowicie zmienia się przyroda wokół. Przestało być zielono, a zrobiło się wręcz szaro. Jakbym cofnęła się w wędrówce ze 2 tygodnie. Drzewa tu nie miały jeszcze liści. To typowe zjawisko w Bieszczadach, ze wiosna pojawia się tu później, ale przesiąknięta ostatnimi dniami zielenią na nizinach prawie o tym zapomniałam. Tym bardziej cieszyłam się, że zaczęłam mój szlak z Ustronia w stronę Bieszczad a nie odwrotnie.

Anioł (na) Szlaku

Dalej wędrowało nam się całkiem przyjemnie wśród tych nagich drzew, głównie buków aż zeszliśmy do Przełęczy Żebrak, na której to mieliśmy dłuższy postój gdyż dołączył do nas wujek, którego szlak rowerowy skrzyżowała się z naszym GSB.

Po przerwie kontynuowaliśmy wędrówkę nadrabiając rozmowy, których trochę brakowało mi przez ostatnie dni. Już całkiem zapomniałam o robieniu zdjęć, zwłaszcza że teren był dosyć jednorodny jeśli chodzi o widoki.

Nieprzypadkowo akurat dzisiaj dołączyło do mnie wsparcie. Na tym odcinku częściej istnieje prawdopodobieństwo spotkania niedźwiedzia, zwłaszcza o tej porze roku. Razem raźniej, robimy więcej hałasu i psychicznie człowiek nie zostaje z tematem sam. Bardzo dobrze pamiętam jak kilka lat wcześniej schodząc z mamą do Cisnej, wracając właśnie od Jeziorek Duszatyńskich, usłyszałyśmy ten charakterystyczny tylko do jednego podobny dźwięk, który zmroził nam krew w żyłach. Nawoływanie małego niedźwiedzia. A wiadomo, jak jest mały, to w pobliżu jest i mamusia. Głos wydawał się z czasem oddalać, ale czy to my przyspieszyłyśmy kroku, czy niedźwiedzie się oddalały tego się nie dowiemy. Na mojej liście rzeczy, które chcę doświadczyć w kontakcie z przyrodą zdecydowanie nie ma tego pragnienia by na własne oczy zobaczyć niedźwiedzia, nawet z oddali, chociaż wiem, że bywają urocze. Wiem ze zdjęć i filmików i niech tak pozostanie. Dla mnie jest to przede wszystkim potencjalne niebezpieczeństwo.

A wracając do szlaku. Zmierzamy na najwyższy dzisiejszego dnia punkt na trasie, czyli Wołosań (1071 m. n.p.m.),z którego już praktycznie wytracamy wysokość zmierzając do Cisnej. Zaglądam jeszcze do Bacówki PTTK pod Honem celem wbicia pieczątki. Do samej Bacówki mam zamiar kiedyś wrócić, by sprawdzić jej klimat, dzisiaj jednak zdecydowałam się zejść do Cisnej, by tam pożegnać moje dzisiejsze towarzystwo.

Tempo z moim tatą jest szybsze niż moje, kiedy idę sama, ale mimo zmęczenia wielodniową już wędrówka zauważam postępy. Na koniec dnia zostaję sama w pokoju z przestronną łazienką z wanną i po kolacji i herbacie padam ze zmęczenia jak mucha.

Przewijanie do góry