GSB Etap Dwudziesty Pierwszy

To już dziś. Połączę kropki, po trzech tygodniach wędrówki. Z jednej strony ekscytacja, bo skończę coś , o czym marzyłam, wyśpię się w swoim łóżku i uściskam kota, a z drugiej jakiś taki żal, że to już koniec. Tyle się wydarzyło. Jeszcze nigdy nie byłam sama ze sobą taki długi okres czasu.

Dziś naprzeciw wyjdzie mi i tata i wujem a na końcu dołączy mama, więc ekipa konkretna będzie mi towarzyszyć w tym szczególnym dniu i momencie połączenia kropek.

Wchodząc do Bieszczadzkiego Parku Narodowego, wbijając przedostatnia pieczątkę żegnam się ze słońcem, które tego dnia schowało się za chmurami już na dobre. Niebo jest stalowe co jeszcze bardziej podkreśla surowy, wczesnowiosenny klimat w Bieszczadach. Gdzieniegdzie zalegają jeszcze białe placki śniegu.

Wspinamy się na Szeroki Wierch (1315 m. n.p.m.), w okolicach którego dołącza do nas mój tata, a potem wujek, który zdążył już wbiec na Bukowe Berdo.

Kierujemy się na Przełęcz Goprowską, po drodze mijamy pracowników parku, którzy naprawiają fragment ogrodzenia prowadzącego na Tarnicę (1346 m. n.p.m.), czyli najwyższy szczyt polskich Bieszczadów, który tym razem pomijamy ze względu na silny wiatr, byliśmy na nim z resztą milion razy i jeszcze z milion będziemy. Dostrzegamy rowerzystów, którzy zjeżdżają z Bukowego Berda. W BPN jazda rowerem jest zakazana. Co by się działo z połoninami po przejeździe kilku rowerzystów na terenowych rowerach nie trudno sobie wyobrazić. Na zwrócenie uwagi, że dostaną mandat, bo kawałek dalej są strażnicy, odburknęli niezbyt przyjaźnie (delikatnie mówiąc), że mają to w głębokim poważaniu pojechali dalej. Mandaty dostali oraz zostali zawróceni z trasy, do czego się oczywiście nie dostosowali, bo już za chwilę mijali nas w drodze przez Halicz do Wołosatego.

Na szlakowskazie pojawił się długo wyczekiwany napis „Wołosate” informujący, że już tylko 4 godziny i 45 minut dzieli mnie od końcowej kropki.

Wołosate 4h 45′

Trasa przez Halicz jest mi dobrze znana, często pokonywałam ją jesienią, ale chyba nigdy nie byłam tu jeszcze o tej porze roku, kiedy kwitły pierwiosnki, oznaka, że wiosna i tutaj zawitała na dobre, chociaż zima nie chciała jeszcze dać o sobie zapomnieć.

Pożegnanie z Bieszczadami

Po krótkim odpoczynku na przekąski, pozostało już tylko zejście i pożegnanie się z górami.

Jeszcze tylko podejście na punkt widokowy na Bieszczady ukraińskie i szutrową drogą do Wołosatego. Ten fragment zawsze niezmiernie mi się dłużył, ale nie dziś, kiedy miałam takie towarzystwo i emocjonalne nastawienie.

Granica z Ukrainą

Niespodziewanie szybko dotarliśmy do wiaty, gdzie dokończyliśmy ostatnie zapasy jedzenia i picia i akurat wtedy zaczął padać deszcz. Na szczęście skończył wtedy kiedy my dopiliśmy ostatni łyk herbaty.

W budce przy wejściu na szlak na Tarnicę, wbiłam do książeczki ostatnia pieczątkę.

Chwilę potem moim oczom ukazał się znak z nazwą miejscowości, ale nie był to jeszcze ten właściwy. Ten ukazał się chwilę potem i delikatnie mnie rozczarował, bo gdyby nie kijek nie byłabym w stanie dostać do kropki. Szkoda, że nie ma tu jakiejś bardziej wyeksponowanej tablicy z informacją, ze jest to początek/koniec GSB, tylko skromna kropka, no ale jest.

Oto i ja jestem. Po 21 dniach, czyli rzutem na taśmę, aby zakwalifikować się do diamentowej odznaki za przejście GSB, o której w trakcie nawet nie myślałam. Dołączyła do nas moja mama i tak pełną ekipą udaliśmy się z powrotem do Hotelu Górskiego PTTK w Ustrzykach Górnych na obiad.

Nadal do mnie nie docierało, że właśnie ukończyłam szlak, ale czułam w sobie jakąś pustkę, której nie mogłam zrozumieć. Na podsumowania było jeszcze za wcześnie. Racząc się fuczkami, czyli lokalnym przysmakiem w postaci placków z kiszonej kapusty w sosie czosnkowym próbowałam przejść do porządku dziennego. Bardzo cieszę się z tego, ze miałam z kim dzielić te ostatnie chwile na szlaku.

Fuczki
Przewijanie do góry