Schronisko PTTK na Przysłopie – Słowianka
Dźwięk budzika wyrwał mnie ze snu. Tym razem przespałam prawie całą noc. Trochę bolało mnie gardło, ale po zjedzeniu liofilizowanego posiłku i wypiciu kawki było już w porządku. Przy recepcji wbiłam pieczątkę do książeczki i ruszyłam w kierunku szczytu Baraniej Góry.

Z każdym pokonanym metrem wysokości odsłania się piękna panorama gór. Wieje silny wiatr i zaczyna kropić deszcz. Na szlaku co kawałek leżą bale, które umożliwiają przejście niemal suchą stopą. W niektórych miejscach jest tyle wody,że bale się na niej unoszą, a nadepnięcie na nie powoduje,ze kręca się pod nogami, na szczęście się nie rozstąpiły i unikam przymusowej kąpieli. Nie wiem jakbym przeszła, gdyby ich nie było.


Po chwili moim oczom ukazuje się żółta wieża na szczycie. Mocno wieje, chmury przybierają stalowy odcień, na ich tle wieża pięknie kontrastuje. Siadam na ławce, zdejmuję plecak i lekka jak piórko, wchodzę na wieżę. Rozpościera się z niej piękny widok na okoliczne góry.


Dostrzegam nawet ośnieżony szczyt Babiej Góry, pomógł mi w tym zoom w aparacie. Dzięki temu widzę na żywo, a nie tylko na mapie, dokąd będę zmierzać przez kolejne dni. Odległość wydaje się nierealna do osiągnięcia.

Smagana coraz mocniej podmuchami wiatru wędruje próbując utrzymać się na nogach, co mimo dodatkowego obciążenia nie zawsze jest łatwe. Temperatura mocno spada a wraz z nią zaczyna padać deszcz.


Chcę jak najszybciej zejść do Węgierskiej Górki, ale przydałaby się jakaś przerwa, bo stopy i plecy się tego domagają, ale niestety na trasie nie ma nigdzie nawet pieńka by chociaż postawić na czymś plecak, a nie na błocie. Rozkładam więc na mokrej ziemi ponczo i siadam by zjeść batona i napić się wody, kiedy zaczyna się oberwanie chmury. Błyskawicznie zakładam pokrowiec na plecak i ponczo na siebie. I tu zaczyna się gimnastyka, bo chciałam schować plecak pod ponczo, ale jak to zrobić samemu? Ręce są jakieś pół metra za krótkie by dosięgnąć zwinięte przez plecak ponczo. Rezygnuję i zakładam plecak na wierzch.

Przez tę gimnastykę i deszcz trochę się rozkojarzyłam i przyspieszając kroku, by szybko zejść, patrzyłam pod nogi, a nie na znaki i zapędziłam się za daleko.
Kiedy uświadomiłam sobie, że zboczyłam ze szlaku, próuję to naprawić, ale deszcz pada tak mocno na ekran, że obsługuje za mnie telefon i uniemożliwia przeglądanie mapy. Zamiast tego co chwile włacza mi sie asystemt google i pyta w czym może pomóc, uparty nie przyjmuje do wiadomości,żeby się odczepił i dał oglądać mapy.
Po kilku próbach i jednostronnej kłótni z wyżej wymienionym, wróciłam na szlak, ale straciłam sporo czasu.


Dotarłam do Węgierskiej Górki. Pomyślałam, że może jednak skoro nie za bardzo mi dzisiaj idzie, zanocuję tutaj, ale kiedy zadzwoniłam do jednej miejscówki i pan oznajmił mi, że nie ma takiej opcji, co zabrzmiało jakbym chciała co najmniej zrobić to za darmo, zniechęcona, postanowiłam iść dalej.
Konkretnego planu na nocleg nie miałam, wykonałam kilka telefonów do miejscówek, które miałam wcześniej zapisane,ale odpowiadała mi cisza.
Jest przed sezonem, w tygodniu, więc pewnie dlatego. Pozostaje iść, a może na miejscu ktoś będzie.



Mijam miejscowość, ale do sklepu nie wstępuję, bo szkoda mi czasu. Następny kawałek wiedzie asfaltem bardzo ruchliwej trasy (kilka tygodni później szlak poprowadzono inaczej, by tę część obejść i słusznie). Po drodze zaczepia mnie pan pytając czy idę do Wołosatego i życząc mi bezpiecznej wędrówki.
Po długim asfaltowym odcinku, który starałam się przejść jak najszybciej, co jeszcze bardziej dobija stopy, szlak zboczył w lewo i zamienił się w ścieżkę pomiędzy polami i łąkami. Zaczęło się rozpogadzać. Bardzo opadłam z sił, niewiele dziś zjadłam, ale najpierw muszę gdzieś dojść. Oglądam się za siebie, w dole została miejscowość,a ja idę już trochę jak automat.

Telefonu nadal nikt nie odbiera. Patrzę w aplikację, która pokazuje mi 29 kilometrów, które dziś przemierzyłam szlakiem i błądząc poza nim.
Podejmuję decyzję. Na dziś tyle. Mam namiot, szukam miejsca i trochę chaotycznie dokonuje na ten moment wydaje się najlepszego wyboru. Nieco krzywego placka ukrytego pomiędzy drzewami by się osłonić.
Tu dopada mnie pierwszy poważny kryzys. Zdziwiłam się że tak szybko, co go tylko pogłębiło. Przecież to dopiero trzeci dzień.
Tak jakby kryzys miał prawo dopaść dopiero na przykład po tygodniu.
Mam problem z rozłożeniem namiotu na krzywym podłożu,a gdy w końcu się udaje, problem z nadmuchaniem materaca. To zdecydowanie nie jest mój dzień. Chcę już tylko wejść do namiotu, zasnąć i obudzić się następnego dnia.
“Telefon do przyjaciela” uspokaja nieco emocje perspektywą spotkania za parę dni, muszę tylko iść dalej.
Analizuje sytuację, do głosu powoli dochodzi rozsądek, przecież nie jest tak źle. Dzisiejszą noc jakoś przetrwam, będzie to kolejna przygoda, przecież tego chciałam, a jutro będę szła dalej, nie ma pośpiechu, robię to dla siebie.
Uspokoiłam się, położyłam w ciepłym śpiworku. Zaczął padać deszcz, a ja jestem bezpieczna w namiocie, mogę spać. Trochę krzywo i zsuwam się na bok, ale co tam, wytrzymam.
Przebieg trasy 3 etapu:

