Słowianka – Schronisko PTTK na Hali Miziowej
Obudziłam się połamana i zmarznięta, bo pomimo ciepłego śpiwora, nie ubrałam termoaktywnej koszulki, która służyła mi za zestaw do spania, tylko krótki rękaw.
Gardło, które bolało dzień wcześniej, teraz wypełnione było żyletkami. Do tego całą noc lało. Namiot mimo, że był wodoodporny, zaczął łapać wilgoć. Trudno zwija się namiot w pojedynkę, zwłaszcza, gdy nieustannie leje, a igły z drzew poprzyklejały się do materiału.
Nie nastrajało to zbyt pozytywnie do wędrówki, ale w perspektywie był postój na ciepły posiłek w schronisku. Zwinęłam obozowisko i ruszyłam. Bez śniadania, bo warunki nie sprzyjały, przegryzając tylko batona zbożowego.
Całonocny deszcz narobił mnóstwo błota. W niektórych miejscach szlak przypominał błotną rzekę, w innych bagna i nie zapowiadało się, że wkrótce skończy padać. Mam w prawdzie wodoodporne spodnie i kurtkę,a plecak ma pokrowiec, ale buty to już inna sprawa. Lekkie trekingowe buty świetnie sprawdzają się na długie dystanse, ale w deszczu wymagają wodoodpornych skarpet, które z kolei po dłuższym noszeniu odmaczają stopę od wilgoci, która nie ma ujścia, dlatego zrezygnowałam z ich ubierania i stopy miałam przemoczone.


Chciałam jak najszybciej dotrzeć do Schroniska na Rysiance, żeby trochę się podsuszyć i zjeść coś konkretnego i przede wszystkim ciepłego, bo po drodze nie było na to szans.


Na hali, w drodze do schroniska z pomiędzy słomianej trawy ,prześwitywały fioletowe, lekko już przywiędnięte krokusy, co znacznie poprawiło mi humor. Gdzieniegdzie zalegały jeszcze placki śniegu. Deszcz nieco ustał, zrobiło się mgliście. Kiedy przekroczyłam próg schroniska, poczułam ulgę.

Stopy odpoczywały w klapkach, buty i rękawiczki suszyły się na ławce obok kaloryfera, a ja w klimatycznej sali schroniska czekałam na zamówione pierogi. Czas oczekiwania umiał mi schroniskowy koteczek.


Pogoda za oknem zmieniała się jak w kalejdoskopie. W pewnym momencie zrobiło się mleko, a gdy krajobraz wreszcie się odsłonił, wyglądał jak oprószony cukrem pudrem. Zaczął padać śnieg, tego jeszcze nie było.


W Rysiance było tak ciepło, klimatycznie, że chętnie bym tam została, zwłaszcza że gardło bolało mnie coraz bardziej i pojawił się katar, skutek przemoczonych nóg, ale mimo to, naładowana energią, jedzeniem i nieco zregenerowana ruszyłam w śnieżny krajobraz z myślą o noclegu w kolejnym schronisku, na Hali Miziowej.
Początkowo było przyjemnie, drzewa i trawa oprószone lekko śniegiem, tworzyły bajkowa atmosferę.



Jednak później, im wyżej, tym więcej zalegającego śniegu, po którym czasem szło się lekko, a czasami nogi zapadały się do połowy łydki. Do tego zaczął mocno padać śnieg. Znowu nie było gdzie się zatrzymać na przerwę. Zboczyła lekko ze szlaku w las, bo pod drzewami mniej padało i na trawiastych plackach wystających ze śniegu, można było położyć plecak. Pożałowałam wtedy, że nie mam bukłaka, żeby w trakcie wędrowania, bez konieczności robienia przerw, napić się łyka wody bez konieczności zdejmowania plecaka, by sięgnąć do butelki z wodą. Tak się zarzekałam, że nigdy nie będę pić z gumowej rurki, a teraz marzyłam by mieć coś takiego.

Z trudem przemierzam kolejne kilometry, mając wrażenie że nie ubywa ich wcale.
Nikt tamtędy wtedy nie szedł. Kiedy obracałam się za siebie, widziałam tylko swoje ślady odbite w śniegu.



Tyczki w śniegu pomagały mi obrać właściwy kierunek marszu. Kiedy dotarłam na Hale Miziową i zobaczyłam schronisko, byłam wyczerpana, zmarznięta, a katar zagościł już na dobre. Ale byłam bezpieczna.
Zamówiłam pierogi, znowu, ale odbiłam sobie za wczorajszy dzień marnego jedzenia.

Dostałam pokój, w którym początkowo byłam sama, więc zajęłam miejsce przy oknie, a tak naprawdę tam, gdzie była listwa zasilająca, bo potrzebowałam naładować parę rzeczy.

Bardzo szybko oporządzam wszystko tak, aby następnego dnia jak najszybciej się zebrać, bo czeka mnie długa , najdłuższa jak do tej pory, trasa. Teraz mogę wreszcie zawinąć się w kołdrę jak w tortillę i wygrzać. Choroba postępowała bardzo szybko, a mi kończyły się leki na czarną godzinę. Na szczęście jutro w Markowych Szczawinach spotkam się z moim prywatnym Markiem i on mnie uratuje.
I z tym optymistycznym akcentem, ze słuchawkami na uszach, gotowa na jutro, mogłam zakończyć ten dzień.
Przebieg trasy 4 etapu:

