GSB Etap Piąty

Noc była ciężka, choroba przybierała na sile i budziłam się co chwilę, przez co niewiele wypoczęłam. Niewyspana, z bolącym gardłem i zapchanym nosem zebrałam się szybko i wyszłam ze schroniska.

Poranek był rześki i podniósł mnie na duchu. Zaczęłam schodzić ze stoku, ostrożnie bo miejscami był oblodzony. 

Przez chorobę szłam trochę na autopilocie, niewiele zapamiętując z otoczenia, było zresztą bardzo wcześnie jak na mnie i to połączenie sprawiło, że wydawało mi się, że dość szybko dotarłam do Przełęczy Glinne, znajdującej się przy przejściu granicznym ze Słowacją.  Zrobiłam dłuższą przerwę na śniadanie i odpoczynek.

Leśna ścieżka

Ruszyłąm w dalsza drogę. W miarę upływu kilometrów zbliżała się do mnie ta, którą jeszcze niedawno widziałam z wieży na Baraniej Górze. Jedyna w swoim rodzaju, cała na biało -Babia Góra. Wydawała się już tak blisko,ale jednak droga do niej była jeszcze daleka.

Poczułam wtedy, że dam radę. Jestem chora, ale mimo to przemieszczam się i kilometry ubywają, a plecak zaczyna zgrywać się z moim ciałem.

Perspektywa spotkania się z mężem po kilku dniach rozłąki sprzyjała pozytywnemu nastawieniu. Przez kolejne kilka dni będę mieć towarzystwo. Przerwy robiłam bardzo krótkie, prawie każda na stojąco, bo chciałam dotrzeć do schroniska tak, żeby nie trzeba było na mnie czekać. A raport z postępów docierania do schroniska miałam już na bieżąco w postaci zdjęć(poniżej).

Brak przerw na wietrzenie i masaż stóp szybko odbija się na jakości dalszego marszu. Jeśli odpowiednio wcześnie nie zrobi się przerwy, potem trudno to nadrobić i stopy bolą nieustannie.

Kiedy dotarłam do Babiogórskiego Parku Narodowego było już  “z górki” chociaż szłam pod górkę. Oczami wyobraźni leczyłam gardło grzanym winem. Ma się swoje priorytety.

Po drodze, między plamami śniegu pojawiały się dobrze znane ,fioletowe krokusy. Szlak do schroniska prowadzi przez las, szło się bardzo przyjemnie. Gdzieś za Fickowymi Rozstajami wypadało moje pierwsze 100 km, o którym zapomniałam, a tak chciałam uczcić to symbolicznie zdjęciem, bo to moje pierwsze samodzielne 100 km na długim dystansie. No nic, ważne że się dokonało, a ja idę dalej. Tego dnia ogólnie zrobiłam niewiele zdjęć, za mocna skupiłam się na utrzymaniu odpowiedniego tempa, żeby osiągnąć cel w założonym czasie. 

Od rana nie spotkałam na trasie nikogo, aż tu nagle za plecami usłyszałam pospieszne kroki. Przyzwyczajona tylko do swoich kroków i do  odgłosów natury początkowo się przestraszyłam, wyrwana z zamyślenia. Starszy pan z pretensją ,że go spowalniam, minął mnie kilkanascie kroków przed schroniskiem. No jak tak można? Z urażona dumą, dostrzegłwszy shronisko, wyszłąm z lasu.

Rozejrzałam się. Chyba dotarłam pierwsza. Nagle okno dachowe otwiera się i wygląda z niego mój uśmiechnięty mąż. “Oszukałeś mnie”- krzyknęłam ochrypłym, niemal bezgłośnym dźwiękiem.

Oszukałeś mnie, czyli tak GSB (ja) wygląda z boku, a raczej z góry.

Kiedy odzyskałam głos, po kilku  łykach wymarzonego grzańca, mogłam już w pełni cieszyć się z towarzystwa i na gorąco relacjonować moje przygody.

Pan, który wyprzedził mnie kilkanascie metrów przed schroniskiem, był naszym współlokatorem. Okazał się bardzo miły, o czym przekonałam się wymieniając z nim doświadczenie, bo on również szedł GSB, tylko nieporównywalnie szybciej niż ja. 

W pokoju okazało się ,że oprócz towarzystwa, będę mieć też niezły zapas jedzenia na kilka dni, potrzebne leki i raczki, które na ośnieżoną Babią Górę będa jak znalazł. Dostałam również camel bag, o którym ostatnio marzyłam. Z takim zapleczem towarzystwo, ekwipunek i prowiant to ja mogę wszystko. Dzisiejszy dzień okazał się dniem spełnionych marzeń i natchnął pozytywnym duchem na przyszłość. A Babią Górę jak wisienkę na torcie, zostawiamy na jutro.

Przewijanie do góry