Stożek – Schronisko PTTK na Przysłopie

Noc była za krótka na regenerację, ale wystarczyło jedno spojrzenie w okno, by wstać bez wahania. Pogoda zaprasza na zewnątrz. Przywitałam się ze współlokatorami i postanowiłam zrekompensować sobie wczorajszy brak kolacji śniadaniem. Jako,że jestem w Beskidzie Śląskim, wybrałam kiełbaski Śląskie, żeby podkreślić symbolikę miejsca. Dosiadła się do mnie współlokatorka i tak przy kawie gawędzimy sobie.
Dziś się nie spieszę, godzina jest młoda. Podłączam jeszcze sprzęty do ładowania, uzupełniam wodę i w drogę. Do pokonania mam około 17 kilometrów.
Na tablicy przed schroniskiem znajduje się mapa szlaku. Ustroń, z którego wczoraj przyszłam 20,9 kilometra, Wołosate 481,2. Zwizualizowałam to sobie i poczułam lekki niepokój, ale szybko minął. Rozejrzałam się dookoła, błękitne niebo zwiastowało przyjemna wędrówkę.


Szlak prowadzi przez las. Pomiędzy drzewami przebijają się promienie słońca. Właśnie tak to sobie wyobrażałam. Spojrzałam za siebie, pomiędzy drzewami widać jeszcze było schronisko, z którego niedawno wyszłam. Szlak biegnie przy granicy z Czechami, mijam słupki graniczne i docieram do skałek, przy których robię krótką przerwę na zdjęcia.


Cisza, spokój. I jak zawsze, kiedy powiem lub pomyślę te słowa, ten stan natychmiast mija. Już z daleka dobiegały mnie radosne wrzaski grupy dzieci, które następnie jak szarańcza obsiadły skałki i przekrzykiwały się nawzajem. Za nimi pojawili się opiekunowie, ale żaden z nich nie próbował nawet uciszyć nieco podopiecznych. A wystarczyłoby uświadomić, że w naturze nie przebywamy sami i nie należy swoją obecnością narzucać się innym, nie mówiąc o straszeniu zwierząt, które są przecież u siebie, a my jesteśmy gośćmi. Ale co się dziwić dzieciom, skoro dorośli zachowywali się równie głośno.

No cóż, pozostaje mi tylko się ulotnić, miałam się nie stresować, ale kontemplacja natury musi poczekać na inny moment.
Na przecięciu szlaków spotykam ponownie panią, która towarzyszyła mi przy śniadaniu. Dostałam garść dobrych rad i informacji o okolicy, bo pani jest tu stałą bywalczynią, i pożegnałyśmy się, tym razem na dobre.
Szło się tak przyjemnie, chociaż czułam ciężar plecaka, który jeszcze nie zgrał się z moim ciałem.
Po drodze, w poprzek szlaku leżało kilka przewróconych przez wichurę drzew,a jedno z oznakowaniem szlaku było niczym ilustracja powiedzenia szlak (szlag) go trafił. Omijam drzewa i przysiadam na innym zwalonym pniu by napić się wody. Było pusto, śpiew ptaków wypełniał ciszę. Zobaczyłam rowerzystę, który omijając zwalone na szlak drzewa jechał w moją stronę i o mało nie zaliczył upadku, bo widząc mnie, myślał,że tu jest ścieżka, a były inne powalone drzewa i nierówna nawierzchnia. Szczęśliwie nic mu się nie stało i ruszył dalej przenosząc tylko rower nad przeszkodami.

Docieram do Przełęczy Kubalonka i zatrzymuje się na obiad. Żurek, taki jak lubię, dobrze doprawiony, treściwy.
Ruszam dalej, przechodzę przez skałki. Dwa razy, bo chyba za pierwszym poszłam w przeciwna stronę, ale już jestem na szlaku z poprawnej strony. Przez chwile łączy się on ze szlakiem Habsburgów.

Dalej po drodze mijam uroczy kościółek w sielskiej scenerii.

Przekraczam Czarną Wisełkę.

Stąd już niedaleko do dzisiejszego celu podróży, czyli Schroniska PTTK na Przysłopie.
Dostaję klucz do 12 osobowego pokoju, w którym jestem sama.
Uf. Jakże inny to był dzień w porównaniu do wczorajszego. Rozpakowuje się, robię pranie i jem lekką kolację. Próbuje jeszcze złapać zasięg by poinformować, że dotarłam na nocleg.
Z obawy, że ubrania nie wyschną, uchylam okno. Jaki to był błąd dowiem się wkrótce. Kładę się spać. Dobranoc.
Przebieg trasy 2 etapu:

