GSB Etap Jedenasty

Od rana leje jak z cebra. postanawiamy więc zjeść śniadania na miejscu. Ubrani od stóp do głów w przeciwdeszczową odzież ruszamy na trasę. Przekraczamy przez rzekę Poprad i zaczynamy wspinaczkę.  Ruiny zamku sobie odpuszczamy ze względu na pogodę, zresztą już tam kiedyś byliśmy a dzisiaj do pokonania ponad 30 km w deszczu.

Wkraczamy do Popradzkiego Parku Krajobrazowego. Szlakiem płynie woda, jest stromo i ślisko. 

Wchodzimy w chmurę, z której kapie coraz mocniej. Po drodze mijamy Schronisko Cyrla, ponownie zapominając, żeby wejść tam chociaż po pieczątkę.

Szlak przemierzamy bez zatrzymania, bo nie ma żadnej wiaty chroniącej przed deszczem. Chmura, w która weszliśmy jest tak gęsta i mokra, że widoczność wynosi zaledwie kilka metrów, jednocześnie tworząc fajny klimat. Zatrzymujemy się na chwile na ławce przy Kaplicy na Kokuszce by szybko zjeść batona i porobić kilka klimatycznych zdjęć.

Minęliśmy Pisaną Halę i zmierzaliśmy do Schroniska PTTK Hala Łabowska. Szlak w pewnym momencie zamienił się w bagna. Ścieżka rozjechana przez pojazdy odpowiedzialne za zrywkę zalana wodą. Było tak głęboko, że kij zanurzał się aż po rękojeść. Trzeba było obchodzić to pobojowisko szeroko, pomiędzy drzewami. Swoją droga jakby nie drzewa po obu stronach to byłoby jeszcze bardziej zmasakrowane, a tak drzewa stanowiły jakąś ramę, poza którą pojazdy nie wyjeżdżały. Koszmar. Taplaliśmy się w tym błotku jak dziki.

Jednak traktujemy to jako część przygody, ma to również swój klimat i jeszcze bardziej docenia się ciepły posiłek w postaci żurku, który zjedliśmy w Schronisku PTTK Hala Łabowska. W schronisku tym, jesienią, odbywają się zloty sympatyków Głównego Szlaku Beskidzkiego.

Tablica na ścianie budynku informuje nas, że do Wołosatego pozostało 261,6 km. Dziś przekroczę połowę trasy.

Deszcz nieco ustał, ale mgła utrzymywała się nadal wprowadzając w melancholijny nastrój. Ja tam lubię takie klimaty.

Szlak się poprawił o tyle, o ile nie było już rozjeżdżony. Taplaliśmy się w błocie nadal, a krajobraz ze względu na ograniczoną widoczność był raczej monotonny. Szliśmy dosyć szybkim tempem na ile ślizganie się po błocie pozwalało, bo mimo, że odzież nie przemokła, było chłodno. Zdobyliśmy Runek (1070 m n.p.m.) i kontynuowaliśmy marsz.

Odbiliśmy zielonym szlakiem do Schroniska Jaworzyna Krynicka, w którym pierwotnie miałam nocować, jednak obliczyłam, że jutro korzystniej byłoby mi zacząć z Krynicy, więc w schronisku skuszeni klimatem panującym wewnątrz zrobiliśmy postój na ciepłą szarlotkę z lodami. Ale to był zastrzyk endorfin.

Tak podładowani cukrem i endorfinami, mogliśmy wrócić na szlak i zdobyć szczyt Jaworzyny Krynickiej ( 1114 m n.p.m.). Wyciąg już przestał kursować, termometr na stacji wskazywał 4 stopnie na plusie. Czeka nas teraz spore zejście. I już na wstępie natrafiamy na przeszkodę w postaci zwalonego pnia, który nie leży w poprzek, tylko wzdłuż, więc tym trudniej go obejść, gdyż jest potwornie stromo, a pień jest śliski i trudno się przytrzymać, mając jedna rękę wolną, w drugiej kije, a ciężar plecak pcha w dół. Opanowaliśmy jednak te trudną sztukę, ale zajęło to trochę czasu, a było już coraz później. Nie chcieliśmy skakać przez kłody po ciemku. Po drodze mijamy Diabelski Kamień.

Pod koniec trasy musieliśmy wspomóc się czołówkami, bo weszliśmy w las i zrobiło się jeszcze ciemniej. Wychodząc z zarośli, spotykamy jeszcze kilka salamander plamistych i już w ciemnościach udajemy się na nocleg. Trzeba się ogrzać i chociaż z grubsza wyczyścić buty z błota, żeby były lżejsze.

Za chwilę wypadnie moja symboliczna połowa szlaku. Szkoda, że nie jest to jakoś zaznaczone. Z lekkim niepokojem schodziłam po stromym stoku pokrytym trawą, ale okazało się ,że buty Altra Lone Peak mają świetną przyczepność również na tej nawierzchni, więc udało nam się nadrobić trochę straconego czasu.

Przewijanie do góry