Skawa – Schronisko na Turbaczu
Nad ranem zaczęło padać i trzeba było zwijać mokry namiot. Śniadanie zastąpił baton zbożowy,a na coś konkretnego postanowiliśmy zrobić przerwę w Rabce Zdroju. Wędrując szlakiem natrafiamy na ławkę przy której było pełno poalkoholowych odpadów. Teraz wiadomo w jakim celu udawało się wczorajsze towarzystwo. Dobrze,że byliśmy ukryci.
Czeka nas przejście pod słynna “Zakopianką”. Nie wiem dlaczego uznałam to za jakiś przełomowy moment, ale stanie pomiędzy dwiema jezdniami było fajne. dobrze, że nic stamtąd nie spadło nam na głowy, za to trochę pokapał deszcz.


Napotkany po drodze szlakowskaz wskazywał nieco zakłamany kilometraż GSB.

Docieramy do Rabki i z trudem znajdujemy otwarte miejsce z jedzeniem. Jest jeszcze przed sezonem, więc turystów jest niewielu, chociaż tuż za pasem Majówka. Zajadamy się wrapami z kurczakiem, popijając kawę. Będzie dużo mocy na szlak.


Po drodze na jednym z budynków widnieją szlakowskazy z nieco innymi, bardziej zbliżonymi liczbami kilometrów.



Po przejściu przez Rabkę szlak znów staje się dziki i błotnisty, ale widoki są bardzo kojące. Jakoś nie mogę uwierzyć, że jeszcze dziś będziemy na Turbaczu. Mam ogromny sentyment do tego miejsca, zwłaszcza po tym jak zima natrafiliśmy na wspaniałe warunki i mogliśmy podziwiać przepiękny zachód i nazajutrz wschód słońca. Tym razem wchodzimy na szczyt inna drogą niż zawsze, jestem ciekawa jaka będzie.
Załatwiamy jeszcze nocleg w schronisku i ruszamy dalej.

W pewnym momencie ruch na szlaku zaczął się zagęszczać, a to dlatego ,że dołączył do niego czarny szlak i ilość ludzi się skumulowała. Przy Schronisku na Maciejowej jest już spory ruch. Większość wychodzi ze schronisko z wypasiona kawą z bitą śmietaną. Mimo, że schronisko wygląda bardzo klimatycznie, decydujemy się jednak przycupnąć na uboczu, by zjeść przekąskę. Za duży ruch i gwar.
Kierujemy się w stronę kolejnego schroniska. Znajdujemy się już w Gorczańskim Parku Narodowym, czyli w trzecim z kolei po Beskidzie Śląskim i Żywieckim, paśmie górskim na trasie GSB. Przy Schronisku na Starych Wierchach decydujemy się zatrzymać na żurek. Zbiegają się tu 4 szlaki: czerwony, żółty, niebieski i zielony, więc ludzi też jest sporo, czy to pieszych, rowerzystów i kładowców. Ci ostatni wraz z kierowcami jeepów rozjeździli szlak tak, że aby obejść, prawie suchą nogą potężne kałuże, trzeba się nakombinować.


W międzyczasie niebo sie wypogadza i zaczyna świecić słońce.
Wędrujemy dalej, ludzi na czerwonym szlaku jest już znacznie mniej. Mijamy Obidowiec i kierujemy się na szczyt Turbacza. Im wyżej się wznosimy tym więcej pojawia się zalegającego śniegu, a ścieżka zamienia się w rzekę z wodospadami. Trzeba bardzo uważać gdzie postawi się stopę. Kiedy po raz kolejny zapadła mi się ona w śnieg, pod którym była woda, było mi już wszystko jedno i tak przemoczyłam stopy.



Mijamy miejsce katastrofy samolotu z 1973 roku.
Niebo jest błękitne, jest tylko kilka chmur. Słońce jest już nisko, więc oświetlone obiekty rzucają długie , niebieskie cienie.
Zdobywamy szczyt Turbacza i podziwiając panoramę z lekkim zarysem Tatr zmierzamy do schroniska. Kontrast pogodowy do tego co było rano jest ogromny.


Meldujemy się i udajemy na kolację. Zamawiam jak zazwyczaj pierogi a Marek schabowego. Chyba powinnam zrobić jakiś ranking pierogów ze schronisk. W tym rankingu póki co to właśnie pierogi z Turbacza są u mnie na pierwszym miejscu. Idealne ciasto, pikantne nadzienie i skwarki z boczku. Jedynym minusem w wydawanym jedzenia jest to, że nie ma numerków i trzeba warować przy okienku, żeby ktoś kto przyszedł później nie podebrał Ci pierogów. Po moje zgłosiło się aż dwie osoby 🙂 Na szczęście przy okienku pani czuwała nad kolejnością, niemniej jednak jest to trochę uciążliwe. W schronisku jest dziś dużo osób, trochę bałam się o nocleg , bo jutro Majówka, ale schronisko jest duże, a my mamy pokój dwójkę, więc jest spokój. W końcu nogi mogą odpocząć, a w pokoju jest bardzo ciepło.

