GSB Etap Trzynasty

Obudził mnie śpiew ptaków i chłód rześkiego poranka. Wyjrzałam z namiotu. Było słonecznie i zapowiadał się ciepły dzień. Niespiesznie zjadłam śniadanie i wypiłam kawę. Aż żal było opuszczać to sielskie miejsce, ale przede mną jeszcze wiele ciekawych miejsc. Zwinięcie obozowiska idzie mi już bardzo sprawnie i bezstresowo.

Na początek czeka mnie od razu podejście na Rotundę (771 m n.p.m.), na której znajduje się zabytkowy austriacki cmentarz z I wojny światowej, przepięknie zrekonstruowany. Zawsze kiedy przeglądałam zdjęcia z GSB zanim sama się na niego wybrałam szczególną uwagą zwracałam właśnie na tę budowlę. I się nie zawiodłam. Obeszłam obiekt dookoła a następnie przeszłam przez furtkę by obejrzeć go z bliska. Następnie usiadłam na ławce by chwilę jeszcze pokontemplować.

Następnie zaczęłam schodzić do Zdyni. Maj już na dobre ukwiecił łąki i drzewka owocowe w Beskidzie Niskim. Sielski krajobraz wpływał kojąco na duszę, a niemal każda łąka przypominała te sławna z tapety Windowsa. Zrobiło się już bardzo ciepło. Przysiadłam w cieniu by spożyć kanapkę w pospiechu bo oblazły mnie mrówki.

Kiedy zamyślona wychodzę z tunelu drzew, zauważam mężczyznę szarpiącego się z belką od ogrodzenia i wydającego nieartykułowane dźwięki. Pan zapytał, czy nie widziałam po drodze jego stada krów, bo zrobiły dziurę w ogrodzeniu i uciekły, a on próbując je naprawić został popieszczony prądem z elektrycznego pastucha. Pan jeszcze zainteresował się moja wędrówką, opowiedział trochę o sobie i wskazał mi, gdzie po drodze znajduje się sklep. Grzecznie podziękowałam i ruszyłam w drogę, bo inaczej ta pogawędka trwałaby do wieczora.

Docieram do sklepu i zaopatruje się w zapas wody mineralnej i pepsi, które po tylu dniach wędrówki było dla mnie niczym ambrozja. Usiadłam na ławce w cieniu parasolki i delektowałam się napojem tak innym niż woda.

Nabrawszy energii po tym krótkim odpoczynku ruszam w drogę. Wspinam się na Popowe Wierchy (684 m. n.p.m. ) Obejrzałam się za siebie i po przeciwnej stronie drogi na wzgórzu dostrzegłam zbiegłe krowy. Pasły się kilka pól od swojego miejsca. Znów wkraczam w las, w którym jest przyjemnie chłodniej bo na otwartej przestrzeni słońce daje już nieźle w kość, bo nie ma wiatru. Szlak oznakowany jest bardzo gęsto, niemal co drugie drzewo, a tak przestrzegano przed zgubieniem go 😉

Wędrówka tym odcinkiem, chociaż nie jest widokowy, jest bardzo przyjemna. Dziś nigdzie się nie spieszę. Przeprawa przez niewielki bród w tych upalnych okolicznościach jest miłym orzeźwieniem. Docieram do Wołowca, gdzie określam swoją pozycję na szlakowskazie i kontynuuje wędrówkę do Bartnego.

Mam zamiar odwiedzić Bacówkę PTTK w Bartnem, ponieważ chcę sama przekonać się o co chodzi z tymi niepochlebnymi opiniami na jej temat (a raczej właściciela). Obecnie czerwony szlak ponownie przebiega przy bacówce, ja musiałam specjalnie nieco zboczyć z trasy, by do niej dotrzeć. Budynek jest pięknie położony wśród zieleni. Zgodnie z zaleceniami, zdejmuje buty i wchodzę do środka. Podłoga skrzypi pod moimi stopami, jest klimat. Rozejrzałam się po wnętrzu, odłożyłam plecak i podeszłam do okienka. Zapoznałam się z menu i postanowiłam zamówić pierogi Łemkowskie. Napis nad okienkiem informował z czym są te pierogi, więc zamówiłam. Czekając na swoje danie rozglądałam się po wnętrzu. Panował lekki półmrok, pomieszczenie było klimatyczne, ale widać, że dawno nieremontowane. Pan wydał mój posiłek, zamówiłam jeszcze coś do picia. Pora na degustację. Ciasto dla mnie stanowczo za grube, ale farsz nie był taki zły. Fajna forma wyjściowa do popracowania. Nie miałam żadnych niemiłych doświadczeń z obsługującym mnie panem, ale tez kontakt był na tyle krótki, że nie mogłam wyrobić sobie zdania. Teraz nie ma to już znaczenia, bo zmienili się właściciele i nie mogę się doczekać aż odwiedzę to miejsce ponownie, bo z relacji na Facebooku, zapowiada się obiecująco i w ofercie są tez pierogi :).

Opuściłam Bacówkę i maszerowałam dalej polna drogą rozjeżdżoną przez traktory. W pewnym momencie przez chwile nieuwagi utopiłam but w gęstym błocie. Ledwo go wyciągałam pozostając w skarpetce. Nie przypominał już buta i ważył tonę. Przykucnęłam nad kałużą i próbowałam go wykąpać. W tym momencie spojrzałam za siebie i ujrzałam niebieski odblask okularów przeciwsłonecznych. Byłam pewna już, że to Marek zmierza w moim kierunku, bo chociaż przez brak zasięgu nie mogliśmy się porozumieć, czasowo powinniśmy spotkać się właśnie w tych okolicach. Nie myliłam się. Ruszyliśmy razem w stronę Magury (829m.n.p.m.). Miejsca, które już oboje znamy z poprzednich wycieczek. Udaliśmy się na nocleg kiedy słonce chyliło się ku zachodowi.

Przewijanie do góry